Alitet odchodzi w góry - strona 88
śnieżna zawieja, gwiazdy znikły i nic nie było widać, tylko czasem mignęły ogony ostatniej pary zaprzęgu. Była głęboka noc.
Policzek służył jadącemu za kompas, pozwalając mu orientować się w drodze według kierunku wiatru, Alitet nie zwracał uwagi na rozszalałą zamieć i myślał tylko o Kuzakowie:
„Czemu go wywieźli? Z pewnością ten nowy Rosjanin — to także naczelnik. Ale jakim łajdakiem zrobił się Waamczo! To on przecież przywiózł go tutaj.�
— Merkiczkin! — zaklął głośno. — Niech tam! Teraz ja i bez Kuzakowa nakuję toporków. Na pomocnika wezmę sobie Omrytagena. Jest silny, a trzymać i obracać gorące żelazo będę sam!
Ciesząc się już na myśl o czekającej go robocie zeskoczył z sań, krzyknął na psy i walcząc z zadymką zaczął pomagać zwierzętom chwyciwszy mocno za baran.
Na policzku przymarzł mu śnieg. Alitet strzepnął go ręką, wsiadł na sanie i wziąwszy garść śniegu zaczął rozcierać twarz. Bolało go. Uśmiechnął się i pomyślał: „Co się stało? Nigdy nie odmrażałem sobie ciała. Przestałem być mężczyzną.�
Roztarłszy dobrze policzek znów zeskoczył z sań i pokrzykując na psy pobiegł razem z nimi w nieprzeniknioną ciemność.
W osadzie, gdzie stała kuźnia, wszyscy byli pogrążeni we śnie. Nie spodziewano się nikogo, toteż nikt Aliteta nie powitał. Podjechał prosto do namiotu, zatrzymał zaprzęg i śpiesznie wbiegł do kuźni. Potarłszy grubą amerykańską zapałkę oświetlił wnętrze namiotu i od razu zobaczył, ze nie ma ani kowadła, ani paleniska. Jęknął. W ciemnościach przykucnął, spuścił głowę i długo siedział w milczeniu. Zdrętwiały mu nogi. Namiot trząsł się od ryku snieżnej zamieci, łopotanie płacht ścinało krew w żyłach.
Alitet potarł znów zapałkę, wziął małą deseczkę i nałupawszy szczap rozniecił ognisko. Na płonące drzewo położył kilka węgielków i zaczął na nie dmuchać. Języki płomieni oświetliły cały namiot. Alitet spostrzegł w kącie mały młotek i utkwił w nim wzrok.
Na dworze zawył pies, rozległo się szczekanie. Do kuźni wszedł człowiek z sąsiedniej jarangi.
— Charlie, dlaczego tutaj siedzisz? — Chodź do mojego namiotu. Tam jest herbata i Goj-Goj śpi u mnie — rzekł.
Policzek służył jadącemu za kompas, pozwalając mu orientować się w drodze według kierunku wiatru, Alitet nie zwracał uwagi na rozszalałą zamieć i myślał tylko o Kuzakowie:
„Czemu go wywieźli? Z pewnością ten nowy Rosjanin — to także naczelnik. Ale jakim łajdakiem zrobił się Waamczo! To on przecież przywiózł go tutaj.�
— Merkiczkin! — zaklął głośno. — Niech tam! Teraz ja i bez Kuzakowa nakuję toporków. Na pomocnika wezmę sobie Omrytagena. Jest silny, a trzymać i obracać gorące żelazo będę sam!
Ciesząc się już na myśl o czekającej go robocie zeskoczył z sań, krzyknął na psy i walcząc z zadymką zaczął pomagać zwierzętom chwyciwszy mocno za baran.
Na policzku przymarzł mu śnieg. Alitet strzepnął go ręką, wsiadł na sanie i wziąwszy garść śniegu zaczął rozcierać twarz. Bolało go. Uśmiechnął się i pomyślał: „Co się stało? Nigdy nie odmrażałem sobie ciała. Przestałem być mężczyzną.�
Roztarłszy dobrze policzek znów zeskoczył z sań i pokrzykując na psy pobiegł razem z nimi w nieprzeniknioną ciemność.
W osadzie, gdzie stała kuźnia, wszyscy byli pogrążeni we śnie. Nie spodziewano się nikogo, toteż nikt Aliteta nie powitał. Podjechał prosto do namiotu, zatrzymał zaprzęg i śpiesznie wbiegł do kuźni. Potarłszy grubą amerykańską zapałkę oświetlił wnętrze namiotu i od razu zobaczył, ze nie ma ani kowadła, ani paleniska. Jęknął. W ciemnościach przykucnął, spuścił głowę i długo siedział w milczeniu. Zdrętwiały mu nogi. Namiot trząsł się od ryku snieżnej zamieci, łopotanie płacht ścinało krew w żyłach.
Alitet potarł znów zapałkę, wziął małą deseczkę i nałupawszy szczap rozniecił ognisko. Na płonące drzewo położył kilka węgielków i zaczął na nie dmuchać. Języki płomieni oświetliły cały namiot. Alitet spostrzegł w kącie mały młotek i utkwił w nim wzrok.
Na dworze zawył pies, rozległo się szczekanie. Do kuźni wszedł człowiek z sąsiedniej jarangi.
— Charlie, dlaczego tutaj siedzisz? — Chodź do mojego namiotu. Tam jest herbata i Goj-Goj śpi u mnie — rzekł.


