Alitet odchodzi w góry - strona 51
— Nawet dobrze, towarzyszu pełnomocniku. Cośkolwiek tylko za ciasno tutaj i długo nie mogłem się przyzwyczaić do siedzenia na własnych nogach. No, ale przecież podobno i zwierzęta uczą wyprawiać różne sztuczki.
— Wszystko to głupstwo, Chochłow, przywieziemy ci i dom. Ty tylko dobrze żyj z nią, z tą Tatjaną.
— I tak żyjemy jak dwa gołąbki.
Milicjant uśmiechnął się i potężnym łapskiem przyciągnął do siebie żonę.
— A jak z kontrabandą? — zagadnął naczelnik.
— Jeszcze w jesieni jedna łódeczka przepłynęła, ale daleko, daleko od brzegu... A może byśmy się przeszli, towarzyszu pełnomocniku?
— Nie, przyjacielu, tak się nałykałem świeżego powietrza w czasie jazdy, że teraz najchętniej — prześpię się porządnie!
— No, więc co, kładźcie się, a ja pójdę przenocować do sąsiadów. Wszyscy razem tu się nie zmieścimy.
— To lepiej ja pójdÄ™ gdzie indziej — zaproponowaÅ‚ Å?oÅ›.
— Skądże znowu, towarzyszu pełnomocniku! U nich przecież niezbyt czysto.
Å?oÅ› przywykÅ‚ do wszelkich warunków, ale z mieszkania milicjanta wychodzić mu siÄ™ nie chciaÅ‚o. ChochÅ‚ow zwróciÅ‚ siÄ™ do żony:
— Taniu, idź nocować do staruszka.
Przez całą noc Å?oÅ› ani razu siÄ™ nie zbudziÅ‚. Rano, kiedy wstaÅ‚, zobaczyÅ‚, jak milicjant krÄ™ci korbkÄ… maszynki do mielenia miÄ™sa, przytrzymujÄ…c jÄ… mocno nogami. Tania piekÅ‚a pierożki z miÄ™sem.
— Tak oto pracujemy wspólnie, towarzyszu pełnomocniku — rzekł wesoło milicjant.
Niebieskie oczy Å?osia Å›miaÅ‚y siÄ™, twarz dziwnie zÅ‚agodniaÅ‚a.
Chochłow czuł taką potrzebę rozmawiania, że przez całą noc nie zmrużył oka. I teraz kręcąc mięso przez maszynkę jednocześnie składał szczegółowe sprawozdanie ze swej działalności.
— SÅ‚uchaj, ChochÅ‚ow — przerwaÅ‚ mu wreszcie Å?oÅ›. — A dlaczegoÅ› żadnych wieÅ›ci o sobie nie przysyÅ‚aÅ‚? MuszÄ™ siÄ™ przyznać, że zaczynaÅ‚em siÄ™ już o ciebie niepokoić.
— No, wiecie, towarzyszu pełnomocniku, jest też o co się niepokoić! Ja nie zginę. A jeśli chodzi o wiadomości, to ciągle groma-
— Wszystko to głupstwo, Chochłow, przywieziemy ci i dom. Ty tylko dobrze żyj z nią, z tą Tatjaną.
— I tak żyjemy jak dwa gołąbki.
Milicjant uśmiechnął się i potężnym łapskiem przyciągnął do siebie żonę.
— A jak z kontrabandą? — zagadnął naczelnik.
— Jeszcze w jesieni jedna łódeczka przepłynęła, ale daleko, daleko od brzegu... A może byśmy się przeszli, towarzyszu pełnomocniku?
— Nie, przyjacielu, tak się nałykałem świeżego powietrza w czasie jazdy, że teraz najchętniej — prześpię się porządnie!
— No, więc co, kładźcie się, a ja pójdę przenocować do sąsiadów. Wszyscy razem tu się nie zmieścimy.
— To lepiej ja pójdÄ™ gdzie indziej — zaproponowaÅ‚ Å?oÅ›.
— Skądże znowu, towarzyszu pełnomocniku! U nich przecież niezbyt czysto.
Å?oÅ› przywykÅ‚ do wszelkich warunków, ale z mieszkania milicjanta wychodzić mu siÄ™ nie chciaÅ‚o. ChochÅ‚ow zwróciÅ‚ siÄ™ do żony:
— Taniu, idź nocować do staruszka.
Przez całą noc Å?oÅ› ani razu siÄ™ nie zbudziÅ‚. Rano, kiedy wstaÅ‚, zobaczyÅ‚, jak milicjant krÄ™ci korbkÄ… maszynki do mielenia miÄ™sa, przytrzymujÄ…c jÄ… mocno nogami. Tania piekÅ‚a pierożki z miÄ™sem.
— Tak oto pracujemy wspólnie, towarzyszu pełnomocniku — rzekł wesoło milicjant.
Niebieskie oczy Å?osia Å›miaÅ‚y siÄ™, twarz dziwnie zÅ‚agodniaÅ‚a.
Chochłow czuł taką potrzebę rozmawiania, że przez całą noc nie zmrużył oka. I teraz kręcąc mięso przez maszynkę jednocześnie składał szczegółowe sprawozdanie ze swej działalności.
— SÅ‚uchaj, ChochÅ‚ow — przerwaÅ‚ mu wreszcie Å?oÅ›. — A dlaczegoÅ› żadnych wieÅ›ci o sobie nie przysyÅ‚aÅ‚? MuszÄ™ siÄ™ przyznać, że zaczynaÅ‚em siÄ™ już o ciebie niepokoić.
— No, wiecie, towarzyszu pełnomocniku, jest też o co się niepokoić! Ja nie zginę. A jeśli chodzi o wiadomości, to ciągle groma-


