Alitet odchodzi w góry - strona 232
Zarysy składu handlowego przypominały w ciemnościach szkielet wieloryba. Kiedy ostatnie arkusze blachy znalazły się już nad przeręblą, pośpieszył tam Alitet. Wziął jeden arkusz i długo patrzył na jego falistą ocynkowaną powierzchnię., Wreszcie podszedł do samej przerębli i wrzucił blachę do wody. Metalowy arkusz, ześliznął się i znikł w odmętach morza.
Alitet chwytał jeden arkusz za drugim i rzucał w otchłań. Narginaut szybko mu je podawała. W duchu cieszyła się. Zaczynało się nowe życie — bez handlu, bez żelaznych składów, takie, jakie wiodą wszyscy prawdziwi ludzie. O! to będzie piękne życie, życie bez głodu, przy wielkim stadzie! Znajdą się też z pewnością ludzie, którzy zechcą osiedlić się w pobliżu Aliteta, by przeżywić się przy nim pilnując jego reniferów.
Kobiety pośpiesznie ściągały na jedno miejsce belki i deski.
— Po co je tu ciągniecie? Nieście do wieży! Jeszcze włazić na nią gotowi! Ustawiajcie drzewo przy wieży.
Rozszalała się zadymka.
Całą noc Alitet pracował w napięciu: trzy zaprzęgi stały gotowe z saniami załadowanymi sprzętem domowym niezbędnym do życia w górach.
Wreszcie przydźwigał do wieży bańkę nafty. Chlusnął na złożone deski, rzucił płonącą zapałkę i olbrzymi płomień ogarnął stos suchego drzewa.
Alitet stał na uboczu i patrzył ze złośliwą radością na olbrzymie ognisko. Języki płomieni miotały się jak fantastyczny potwór
o stu rękach.
Kobiety siedziały na saniach i wylęknione spoglądały na straszliwy ogień. Wieża runęła z łoskotem.
— Skończone —rzekł Alitet.
Podbiegł do pierwszych sań, obejrzał się na wielkie ognisko
i jakby w obawie przed długimi językami płomieni, zamierzył się ościeniem i dziko krzyknął na psy.
Alitet chwytał jeden arkusz za drugim i rzucał w otchłań. Narginaut szybko mu je podawała. W duchu cieszyła się. Zaczynało się nowe życie — bez handlu, bez żelaznych składów, takie, jakie wiodą wszyscy prawdziwi ludzie. O! to będzie piękne życie, życie bez głodu, przy wielkim stadzie! Znajdą się też z pewnością ludzie, którzy zechcą osiedlić się w pobliżu Aliteta, by przeżywić się przy nim pilnując jego reniferów.
Kobiety pośpiesznie ściągały na jedno miejsce belki i deski.
— Po co je tu ciągniecie? Nieście do wieży! Jeszcze włazić na nią gotowi! Ustawiajcie drzewo przy wieży.
Rozszalała się zadymka.
Całą noc Alitet pracował w napięciu: trzy zaprzęgi stały gotowe z saniami załadowanymi sprzętem domowym niezbędnym do życia w górach.
Wreszcie przydźwigał do wieży bańkę nafty. Chlusnął na złożone deski, rzucił płonącą zapałkę i olbrzymi płomień ogarnął stos suchego drzewa.
Alitet stał na uboczu i patrzył ze złośliwą radością na olbrzymie ognisko. Języki płomieni miotały się jak fantastyczny potwór
o stu rękach.
Kobiety siedziały na saniach i wylęknione spoglądały na straszliwy ogień. Wieża runęła z łoskotem.
— Skończone —rzekł Alitet.
Podbiegł do pierwszych sań, obejrzał się na wielkie ognisko
i jakby w obawie przed długimi językami płomieni, zamierzył się ościeniem i dziko krzyknął na psy.

