Alfred de Musset : studyum literackie Edwarda Lubowskiego. - strona 47
gich wywodach kończy: "jeżeli jesteś egzaltowany, powiem ci krótko: że miłości niema, bo... miłość jest to wiara, jest to religia ziemskiego życia... bo kochać, to znaczy mieć u boku towarzyszkę, któraby zrozumiała, dla czego czasem kwiat, myśl, słówko, wprawiają, nas w zachwyt " Konkluduje w ten sposób: "a czyż kobiety kochać umieją?"
Oktawiusz usiłuje się uleczyć. Najprzód porzuca wszelkie towarzystwo, uważając je za zbiorowisko występków i obłudy, i zaczyna się uczyć. Ale daremnie; samotność popycha go na łono natury, a natura przypomina mu miłość. Potem zaczął się leczyć... winem, miłostką jedną i drugą, orgią czasem rozpustną, — nadaremnie! W sercu czuł zawsze pustkę i obrzydzenie, a do świata wstręt coraz większy. Czyn był u niego zawsze sprzeczny z wewnętrznem usposobieniem, bo było w nim dwóch ludzi: jeden, który się śmiał, drugi, który płakał.
Autor poświęca tym miłostkom bohatera kilkadziesiąt stronic. Jest to subtelna, czasem porywająca świetną plastyką analiza rozpusty, cynizm przebija się nawet w samej naiwności opisu, cynizm z przekonania, stokroć gorszy od wszystkich innych; — a jednak czytając te karty, cierpi się wraz z bohaterem, bo żal i litość bierze nad człowiekiem, który namiętność przygasić chce szałem zmysłów.
Może do wywołania tej litości pomaga jędrność opisu, nieubłagana prawda w szczegółach, świadcząca o głębokim darze spostrzegawczym dwudziestosześcio-letniego naówczas autora.
Udręczeniom Oktawiusza kładzie chwilową tamę odebrany list, donoszący mu o ataku apoplektycznym uko-
Oktawiusz usiłuje się uleczyć. Najprzód porzuca wszelkie towarzystwo, uważając je za zbiorowisko występków i obłudy, i zaczyna się uczyć. Ale daremnie; samotność popycha go na łono natury, a natura przypomina mu miłość. Potem zaczął się leczyć... winem, miłostką jedną i drugą, orgią czasem rozpustną, — nadaremnie! W sercu czuł zawsze pustkę i obrzydzenie, a do świata wstręt coraz większy. Czyn był u niego zawsze sprzeczny z wewnętrznem usposobieniem, bo było w nim dwóch ludzi: jeden, który się śmiał, drugi, który płakał.
Autor poświęca tym miłostkom bohatera kilkadziesiąt stronic. Jest to subtelna, czasem porywająca świetną plastyką analiza rozpusty, cynizm przebija się nawet w samej naiwności opisu, cynizm z przekonania, stokroć gorszy od wszystkich innych; — a jednak czytając te karty, cierpi się wraz z bohaterem, bo żal i litość bierze nad człowiekiem, który namiętność przygasić chce szałem zmysłów.
Może do wywołania tej litości pomaga jędrność opisu, nieubłagana prawda w szczegółach, świadcząca o głębokim darze spostrzegawczym dwudziestosześcio-letniego naówczas autora.
Udręczeniom Oktawiusza kładzie chwilową tamę odebrany list, donoszący mu o ataku apoplektycznym uko-


