Alfred de Musset : studyum literackie Edwarda Lubowskiego. - strona 20
Następstwem takich namiętnych miłości bywa zawsze podejrzliwość, niewiara w miłość tej właśnie kobiety, która się dla uwodziciela poświęciła; a poeta, który umie w kilku słowach zaznaczyć tę objektywną refleksyą, daje dowód, że prócz artystycznego piękna miał jeszcze głębsze cele.
Tu należą piosnki i fragmenty, dające się podłożyć pod muzykę, jako: l'Andalouse, le Lever, Madrid, Madame la Marquise, Ballade à la lune, którą dla samej oryginalnej formy wartoby na polski język przełożyć.
Mardoche jest to poemat, w którym przebija się humor czysto francuski, igrający z życiem, z zasadami czczonemi przez ludzi, w sposób lekki, ale nie cyniczny. Duchem i formą nasuwa pamięci nieustannie strofy Don Juuna a trochę i naszego Beniowshiego. Zaznajamiamy się z młodym niedowiarkiem, Paryżaninem, w którym trzeba się domyślać osobistości samego poety. Filozofujący Mardoche, zajmujący więcej własną osobą aniżeli swą nieszczególną awanturą miłosną, jeszcze z pistoletem w ręku podrwiwa z Hamleta. "Znałem przeszłego roku — powiada Musset — młodzieńca nazwiskiem Mardoche, który żył po całych dniach zamknięty. Nie znał wcale Keana, ani Napoleona, ani pana Meternicha... Za dużo musiałbym gadać o jego rodzicach, dość, że jego praprababka z linii żeńskiej była dziewicą Orleańską. Miał także złe przyzwyczajenie, że pisywał wiersze, które, mimo że były nieznośne, miały swych czytelników. Zresztą był to "esprit fort", któryby chętnie zrobił sobie latarkę z trupiej główki, a jadł zupę z czaszki swej babki. Zupełnie jak lord Byron. Wobec wszechmogącego Boga wszakże osieł tyle znaczy co i jego pastuch. Po-
Tu należą piosnki i fragmenty, dające się podłożyć pod muzykę, jako: l'Andalouse, le Lever, Madrid, Madame la Marquise, Ballade à la lune, którą dla samej oryginalnej formy wartoby na polski język przełożyć.
Mardoche jest to poemat, w którym przebija się humor czysto francuski, igrający z życiem, z zasadami czczonemi przez ludzi, w sposób lekki, ale nie cyniczny. Duchem i formą nasuwa pamięci nieustannie strofy Don Juuna a trochę i naszego Beniowshiego. Zaznajamiamy się z młodym niedowiarkiem, Paryżaninem, w którym trzeba się domyślać osobistości samego poety. Filozofujący Mardoche, zajmujący więcej własną osobą aniżeli swą nieszczególną awanturą miłosną, jeszcze z pistoletem w ręku podrwiwa z Hamleta. "Znałem przeszłego roku — powiada Musset — młodzieńca nazwiskiem Mardoche, który żył po całych dniach zamknięty. Nie znał wcale Keana, ani Napoleona, ani pana Meternicha... Za dużo musiałbym gadać o jego rodzicach, dość, że jego praprababka z linii żeńskiej była dziewicą Orleańską. Miał także złe przyzwyczajenie, że pisywał wiersze, które, mimo że były nieznośne, miały swych czytelników. Zresztą był to "esprit fort", któryby chętnie zrobił sobie latarkę z trupiej główki, a jadł zupę z czaszki swej babki. Zupełnie jak lord Byron. Wobec wszechmogącego Boga wszakże osieł tyle znaczy co i jego pastuch. Po-


