Aleksander Fredro : szkic biograficzno-literacki - strona 18
ufny w swój pieniądz, w nim pokłada główną swą wartość, lecz zarazem najsilniej jest przekonany, że go nie szczęście, nie los, ani tem mniej jakaś łaska Opatrznościowa, ale własna jedynie zasługa na to stanowisko wyniosła. Ztąd, obok chęci błyszczenia, obok odzywającego się bezustannie najcelniejszego pociągu do zbytków — owego przysłowiowego: "Geldhaba stad na to!" któremu nawet pewnego instynktu istotnej pańskości odmówić nie można — wyrosła w nim buta bez granic względem tych wszystkich co nic nie mają; w ubóstwie bowiem widzi on przedewszystkiem niedostatek rozumu, — a gdyby na prawdę myślał o Bogu, upatrywałby w tem ubóstwie chyba tylko karę bożą za grzechy żywota. Geldhab ma pieniądze — więc ma wszystko, od czego zawisło szczęście doczesne i wieczne, — ma zarazem ujawnienie wewnętrznej swojej wartości przed światem. Jednej tylko rzeczy brak czuje Geldhab dotkliwie: — godności urodzenia, którego niższości względem szlachty, a cóż dopiero względem magnatów, z żalem serca zaprzeczyć nie może. Wszystko co mu przypomina tę niższość, boli go niewymownie; ztądto, nie z brudnego skąpstwa, owo na początku pierwszego aktu rozdrażnienie na wzmiankę o siostrze, proszącej go w swojej nędzy o wsparcie. Nie ta nędza go draźni, bo sypnąłby kilkoma banknotami — (wszak Geldhaba stać na to!) — ale draźni go, iż ta nędzna kobieta jest jego siostrą, nizkiej kondycyi, chora od dawna, powodzeniem nie tak jak on ogładzona, któraby zatem źle


