Album Maksa i Aleksandra Gierymskich - strona 53
być Chrystusem swego dzieła, człowiekiem trochę ukrzyżowanym fizycznie ?»
Niezależnie jednak od tych cichych cierpień, od tych westchnień żalu duszących się w piersi, od tych łez zagubionych w sercu, od tych czarnych myśli wciąż przebiegających od płuc do obrazów i od obrazów do płuc— Maks Gierymski starał się zachować zupełny spokój na zewnątrz. Nic, co by pokazywało stan jego duszy, a nawet nic, co by mogło zdradzić jego uczucie i uczuciowość. «Pragnę — mawiał zwykle — wyglądać jak urzędnik pruski» i uczesawszy starannie włosy w skrzydełka gołębie na skroniach, wygładziwszy jedwab kapelusza, nałożywszy świeże glansowane rękawiczki, szedł o umówionych i przyjętych godzinach na kawę do Tambosiego, lekko przy tym wywijając laseczką, co miało pomagać do wyrażenia chłodu i obojętności na wszystko.
Nawet grono malarzy grupujących się koło niego i Brandta składało się z młodzieży zamożniejszej i d obrze urodzonej, która chciała wyglądać i wyglądała nie tyle na artystów z talentem, ile na ludzi przyzwoitych nie mających nic wspólnego z całą cyganerią malarską, która o chłodzie i głodzie dziwaczyła po ulicach i w akademii. Cały zresztą sztab polskiej sztuki — jak ich przez szyderstwo nazywano — miał wyraz zupełnego zadowolenia z siebie i w stosunku do ciurów zachowywał pewną umówioną grzeczność, która nie upoważniała bynajmniej do jakiejś poufałości.
Na tle tylko tych zimnych i przyzwoitych gości z kawiarni Tambosiego wyróżniał się Aleksander Gierymski, którego twarz wyrażała jakieś zmartwienie zgryźliwe, jakiś niepokój wewnętrzny i niezadowolenie. Sztab widział w nim tylko młodszego brata i z niedowierzaniem patrzył na jego pierwsze próby.
Niezależnie jednak od tych cichych cierpień, od tych westchnień żalu duszących się w piersi, od tych łez zagubionych w sercu, od tych czarnych myśli wciąż przebiegających od płuc do obrazów i od obrazów do płuc— Maks Gierymski starał się zachować zupełny spokój na zewnątrz. Nic, co by pokazywało stan jego duszy, a nawet nic, co by mogło zdradzić jego uczucie i uczuciowość. «Pragnę — mawiał zwykle — wyglądać jak urzędnik pruski» i uczesawszy starannie włosy w skrzydełka gołębie na skroniach, wygładziwszy jedwab kapelusza, nałożywszy świeże glansowane rękawiczki, szedł o umówionych i przyjętych godzinach na kawę do Tambosiego, lekko przy tym wywijając laseczką, co miało pomagać do wyrażenia chłodu i obojętności na wszystko.
Nawet grono malarzy grupujących się koło niego i Brandta składało się z młodzieży zamożniejszej i d obrze urodzonej, która chciała wyglądać i wyglądała nie tyle na artystów z talentem, ile na ludzi przyzwoitych nie mających nic wspólnego z całą cyganerią malarską, która o chłodzie i głodzie dziwaczyła po ulicach i w akademii. Cały zresztą sztab polskiej sztuki — jak ich przez szyderstwo nazywano — miał wyraz zupełnego zadowolenia z siebie i w stosunku do ciurów zachowywał pewną umówioną grzeczność, która nie upoważniała bynajmniej do jakiejś poufałości.
Na tle tylko tych zimnych i przyzwoitych gości z kawiarni Tambosiego wyróżniał się Aleksander Gierymski, którego twarz wyrażała jakieś zmartwienie zgryźliwe, jakiś niepokój wewnętrzny i niezadowolenie. Sztab widział w nim tylko młodszego brata i z niedowierzaniem patrzył na jego pierwsze próby.


