Album Maksa i Aleksandra Gierymskich - strona 37
szy artysty płynie samo». Ten stały nastrój organizmu, ten «pewien ogólny sposób czucia, który — jak mówi Ribot w swoich Chorobach woli — więcej niż czynność umysłowa stanowi nasze j a» pozwala artyście ujawnić na zewnątrz całą swoją indywidualność bez posiłkowania się cudzymi formami w wyrażeniu lub wyrażaniu przedmiotu, bez uciekania się do umówionych znaków szkoły. Oryginalność zatem dzieła sztuki zależy przede wszystkim od różnicy w sposobie czucia artysty, od jego temperamentu.
Gierymscy przedstawiają zupełnie jednakowe talenty, lecz w usługach dwóch zasadniczo różnych temperamentów.
Różnicę ich usposobień maluje dosadnie następujący rys. Jeżeli zdarzyło się, że razem wyszli na przechadzkę o zachodzie słońca, to Maks zawsze zwracał się w stronę przeciwną zachodowi, tam gdzie niebo zaciągało się; błękitnawym mrokiem, gdzie małe chmury mieniły się słabymi odblaskami na szarawym tle, gdzie ziemia tonęła w mglistych półtonach harmonijnego zmierzchu, gdzie światło wydawało się uśmiechem melancholijnego spokoju, a cień łagodnie smutnym zwiastunem wieczoru. Aleksander tymczasem patrzył prosto w blask zorzy zachodu, w wielkie morze światła poderżnięte od dołu wyraźną linią widnokręgu i poszarpane ciemnymi sylwetami drzew i domów, tam gdzie krzyżują się i łamią wielkie linie krajobrazu, gdzie przeciwieństwa plam kolorowych rzucają się do oczu, gdzie wielkie światła i wielkie cienie są w pełnej ze sobą walce. Każdy z nich czegoś innego od natury potrzebował i czegoś innego w niej szukał. Stąd różny punkt widzenia — różny tak dalece, że czasem
Gierymscy przedstawiają zupełnie jednakowe talenty, lecz w usługach dwóch zasadniczo różnych temperamentów.
Różnicę ich usposobień maluje dosadnie następujący rys. Jeżeli zdarzyło się, że razem wyszli na przechadzkę o zachodzie słońca, to Maks zawsze zwracał się w stronę przeciwną zachodowi, tam gdzie niebo zaciągało się; błękitnawym mrokiem, gdzie małe chmury mieniły się słabymi odblaskami na szarawym tle, gdzie ziemia tonęła w mglistych półtonach harmonijnego zmierzchu, gdzie światło wydawało się uśmiechem melancholijnego spokoju, a cień łagodnie smutnym zwiastunem wieczoru. Aleksander tymczasem patrzył prosto w blask zorzy zachodu, w wielkie morze światła poderżnięte od dołu wyraźną linią widnokręgu i poszarpane ciemnymi sylwetami drzew i domów, tam gdzie krzyżują się i łamią wielkie linie krajobrazu, gdzie przeciwieństwa plam kolorowych rzucają się do oczu, gdzie wielkie światła i wielkie cienie są w pełnej ze sobą walce. Każdy z nich czegoś innego od natury potrzebował i czegoś innego w niej szukał. Stąd różny punkt widzenia — różny tak dalece, że czasem


