Agaj-Han : powieść historyczna - strona 98
pomimo wiązania z głazu ścigała za duszą syna w przelocie od ziemi ku niebu.
Zarucki obziera się naokoło i myśli, jakby można zadosyć uczynić jej żądaniu — przez chwilę jeszcze stał niewzruszony, potem idzie ku ścianie i łuk zdejmuje z niej.
— Hospodarko moja! to mój stary towarzysz. Miałem ich dwa; jeden dziś pękł mi w dłoni i rzuciłem go w przepaść — drugi również prysnąć musi.
I zdjąwszy cięciwę, nogą tłoczył drewno, dopóki nie rozłupał na dwoje.
— On mi służył po licznych ziemiach. Tatarskie, moskiewskie, szwedzkie z niego przebiłem gardła. Brzęk tej cięciwy był muzyką dni mojej młodości, najdumniejszy wąż pustyni nie umie tak gwizdać jak strzały, które z niej puszczałem — ale dajmy pokój temu, co minęło, a nigdy nie wróci.
To mówiąc, handżarem strugał i ciosał drzazgi łuku; wióry padały na ziemię jako puchy ptasie.
— Słyszałem od wiarogodnych ludzi, że kiedy śmierć bliska, łatwiej człowiekowi przyszłość przewidzieć i duchy ujrzeć w postaci widomej. Czy wierzysz temu, omoja dziewojo?
Podniosła głowę, schyloną nad grobem dziecka.
— Wierzę.
Zadrżał wojownik i rękojeścią sztyletu zadzwonił o własną zbroję — dźwięk, który się rozległ, miłym był jemu.
— Tyle razy tratowałem po ciałach, spałem po zburzonych cerkwiach, po cmentarzach, kędy z rozwalonych kurhanów blade wyzierały koście;pod Smoleńskiem, siedząc na zmarzłych trupach wokoło ognisk, z polskim rycerstwem piliśmy roztruchany miodu noc całą.
Nieraz w puszczach, z gwiazdami nad głową, sam jeden błądziłem. Dziwne wprawdzie słychać było szumy, to w zaroślach, to po bagnie, to wyżej między
Zarucki obziera się naokoło i myśli, jakby można zadosyć uczynić jej żądaniu — przez chwilę jeszcze stał niewzruszony, potem idzie ku ścianie i łuk zdejmuje z niej.
— Hospodarko moja! to mój stary towarzysz. Miałem ich dwa; jeden dziś pękł mi w dłoni i rzuciłem go w przepaść — drugi również prysnąć musi.
I zdjąwszy cięciwę, nogą tłoczył drewno, dopóki nie rozłupał na dwoje.
— On mi służył po licznych ziemiach. Tatarskie, moskiewskie, szwedzkie z niego przebiłem gardła. Brzęk tej cięciwy był muzyką dni mojej młodości, najdumniejszy wąż pustyni nie umie tak gwizdać jak strzały, które z niej puszczałem — ale dajmy pokój temu, co minęło, a nigdy nie wróci.
To mówiąc, handżarem strugał i ciosał drzazgi łuku; wióry padały na ziemię jako puchy ptasie.
— Słyszałem od wiarogodnych ludzi, że kiedy śmierć bliska, łatwiej człowiekowi przyszłość przewidzieć i duchy ujrzeć w postaci widomej. Czy wierzysz temu, omoja dziewojo?
Podniosła głowę, schyloną nad grobem dziecka.
— Wierzę.
Zadrżał wojownik i rękojeścią sztyletu zadzwonił o własną zbroję — dźwięk, który się rozległ, miłym był jemu.
— Tyle razy tratowałem po ciałach, spałem po zburzonych cerkwiach, po cmentarzach, kędy z rozwalonych kurhanów blade wyzierały koście;pod Smoleńskiem, siedząc na zmarzłych trupach wokoło ognisk, z polskim rycerstwem piliśmy roztruchany miodu noc całą.
Nieraz w puszczach, z gwiazdami nad głową, sam jeden błądziłem. Dziwne wprawdzie słychać było szumy, to w zaroślach, to po bagnie, to wyżej między


