Agaj-Han : powieść historyczna - strona 85
nąwszy się między skóry niedźwiedzie, słucha ciekawie, co tamten powiada.
— W takowej pustyni o takowej porze zgniją wasze namioty, zmarzną żołnierze, na sitowiu ducha wyzioną bojary i sam wódz może skona; nie z obozem, gdyby miasto, wojować tu trzeba, ale z garstką, w której każdy jeździec jak strzała, a rumak każden jak pierze u strzały Maryna już za Jaikiem — na lodzie go przebyła z ostatkiem mołodźców.
Obyczajem rozjuszonego zwierza tarzał się Szein na łożu, zwarł pięście, nogą pchnął szyszak stojący w pobliżu i zrzucił go z łoskotem.
— UciekÅ‚a! Car mi siÄ™ nie pokÅ‚oni, wszystkiemu pospolitemu motÅ‚ochowli poÅ›miewiskiem bÄ™dÄ™! „Jaki z niego bojarzyn!" — powiedzÄ… z mnożnyni natrzÄ…saniem. Å?eb twój z karkiem rozbrat weźmie, Tatarze, za takÄ… nowinÄ™!
— Do moich tysiąca przydaj dwa tysiące kumańskich, a twoją Maryna, a twoim Zarucki!
W głosie młodzieńca nie było żadnego wahania się, żadnej wątpliwości. Nie spieszył się z odpowiedzią Horbrotków; znów skórę niedźwiedzią naciągnął po szyję i dumał.
— Na słońcu mojej waleczności żadnej chmurki nie masz, od kiedy wam służę, wojewodo. Przypomnij owe pacholę, co przybiegło do ciebie, kiedyś stał pod Św. Trójcą — a dziś wodzem jestem. Czymże wyniosłem się? Oto błyskawicą mej szabli.
Wracaj do Astrachanu, tam odpoczniesz lepiej; tam i wino kipi w czarach, tam oczy dziewczyn wrą w powiekach — a mnie poszlij za zbiegami. Po bezdrożach, po manowcach, dniem i nocą ich nie odstąpię śladów; ścigać będę za carycą jak kochanek za kochanką, a choćbym miał gryźć piasek i popijać sokiem piołunu, wytrwam i dogonię!
To mówiąc, ruszał rękoma i całym ciałem; znać, że jego chęci tak żywe, iż nie dosyć mu słów na ich wy-
— W takowej pustyni o takowej porze zgniją wasze namioty, zmarzną żołnierze, na sitowiu ducha wyzioną bojary i sam wódz może skona; nie z obozem, gdyby miasto, wojować tu trzeba, ale z garstką, w której każdy jeździec jak strzała, a rumak każden jak pierze u strzały Maryna już za Jaikiem — na lodzie go przebyła z ostatkiem mołodźców.
Obyczajem rozjuszonego zwierza tarzał się Szein na łożu, zwarł pięście, nogą pchnął szyszak stojący w pobliżu i zrzucił go z łoskotem.
— UciekÅ‚a! Car mi siÄ™ nie pokÅ‚oni, wszystkiemu pospolitemu motÅ‚ochowli poÅ›miewiskiem bÄ™dÄ™! „Jaki z niego bojarzyn!" — powiedzÄ… z mnożnyni natrzÄ…saniem. Å?eb twój z karkiem rozbrat weźmie, Tatarze, za takÄ… nowinÄ™!
— Do moich tysiąca przydaj dwa tysiące kumańskich, a twoją Maryna, a twoim Zarucki!
W głosie młodzieńca nie było żadnego wahania się, żadnej wątpliwości. Nie spieszył się z odpowiedzią Horbrotków; znów skórę niedźwiedzią naciągnął po szyję i dumał.
— Na słońcu mojej waleczności żadnej chmurki nie masz, od kiedy wam służę, wojewodo. Przypomnij owe pacholę, co przybiegło do ciebie, kiedyś stał pod Św. Trójcą — a dziś wodzem jestem. Czymże wyniosłem się? Oto błyskawicą mej szabli.
Wracaj do Astrachanu, tam odpoczniesz lepiej; tam i wino kipi w czarach, tam oczy dziewczyn wrą w powiekach — a mnie poszlij za zbiegami. Po bezdrożach, po manowcach, dniem i nocą ich nie odstąpię śladów; ścigać będę za carycą jak kochanek za kochanką, a choćbym miał gryźć piasek i popijać sokiem piołunu, wytrwam i dogonię!
To mówiąc, ruszał rękoma i całym ciałem; znać, że jego chęci tak żywe, iż nie dosyć mu słów na ich wy-


