Agaj-Han : powieść historyczna - strona 70
wiane pukle, głaszcząc je i trefiąc, jakby na gody spieszyła. Wpłynęli w dym i zniknęli wśród niego.
Owóż jest wam powinszować czego, Igorze Sahajdaczny Zarucki, żeńcie w tak przeważnej potrzebie górę wzięli i pod swoje stopy cisnęli miasto najwspanialsze po Moskwie, wznoszące się wśród pustyń jako czarodziejskie zjawisko. Dobrze wam tu odpoczywać będzie po trudach i jedwabiem perskim i muślinem Indii znój obcierać z czoła. Ale gdzież się podziało to plemię, które niedawno skakało i połyskiwało, wzorem lubieżnych jaszczurek, po twoich ulicach, Astrachanie? — Dziś wśród zgliszczów leżą pomięte winnice, a z nich dym czołga się w niebo nie już kłębami, ale niciami, jak zwykle bywa nad spalonymi gmachy, w których głębi tleją węgle jeszcze, przesypane gruzem i deszczem przemiękłe. Na rynku obcy żołnierze, od progów Dniepru przybyli, ciągną na los szaty twoich mieszkańców i twoich domów obicia, a w sali zamkowej zdobywca rozdaje kosztowności towarzyszom, twojego wojewodę, spętanego w łańcuchy, kazał stawić przed sobą; biada jemu, bo nie umiał zginąć, jako na walecznego przystało!
Przez okno widać rozwaliny, przeszłej nocy dzieło, i pół miasta, i Wołgę w oddali; na podłodze tarcze, sajdaki, spisy, włócznie, hełmy, zawoje, siodła perskie, rzędy płonące od rubinów leżą w nieładzie, a między orężem i zbrojami połyskują tu i ówdzie szaty niewieście, welony gwiazdkami przetykane, naramienniki, wachlarze z drogich piór, futra, kobierce, makaty, roztruchany ze srebra, misy, dzbany miedziane, meszty wschodnie, zdarte z cieniuchnej nóżki, oplatane kwieciem ze złota i kwieciem z jedwabiu, bursztyny, kanaki, korale. Pośród owych łupów, to walających się na posadzce, to ułożonych w stosy, siedzi w krześle wódz mołodźców, otoczony swoimi, i patrzy z pogardą na jeńca, który stoi przed nim, wśród strażników, z głową schyloną, ze spuszczonymi ramionami, bo je ciężar kajdan ciągnie ku ziemi.
Owóż jest wam powinszować czego, Igorze Sahajdaczny Zarucki, żeńcie w tak przeważnej potrzebie górę wzięli i pod swoje stopy cisnęli miasto najwspanialsze po Moskwie, wznoszące się wśród pustyń jako czarodziejskie zjawisko. Dobrze wam tu odpoczywać będzie po trudach i jedwabiem perskim i muślinem Indii znój obcierać z czoła. Ale gdzież się podziało to plemię, które niedawno skakało i połyskiwało, wzorem lubieżnych jaszczurek, po twoich ulicach, Astrachanie? — Dziś wśród zgliszczów leżą pomięte winnice, a z nich dym czołga się w niebo nie już kłębami, ale niciami, jak zwykle bywa nad spalonymi gmachy, w których głębi tleją węgle jeszcze, przesypane gruzem i deszczem przemiękłe. Na rynku obcy żołnierze, od progów Dniepru przybyli, ciągną na los szaty twoich mieszkańców i twoich domów obicia, a w sali zamkowej zdobywca rozdaje kosztowności towarzyszom, twojego wojewodę, spętanego w łańcuchy, kazał stawić przed sobą; biada jemu, bo nie umiał zginąć, jako na walecznego przystało!
Przez okno widać rozwaliny, przeszłej nocy dzieło, i pół miasta, i Wołgę w oddali; na podłodze tarcze, sajdaki, spisy, włócznie, hełmy, zawoje, siodła perskie, rzędy płonące od rubinów leżą w nieładzie, a między orężem i zbrojami połyskują tu i ówdzie szaty niewieście, welony gwiazdkami przetykane, naramienniki, wachlarze z drogich piór, futra, kobierce, makaty, roztruchany ze srebra, misy, dzbany miedziane, meszty wschodnie, zdarte z cieniuchnej nóżki, oplatane kwieciem ze złota i kwieciem z jedwabiu, bursztyny, kanaki, korale. Pośród owych łupów, to walających się na posadzce, to ułożonych w stosy, siedzi w krześle wódz mołodźców, otoczony swoimi, i patrzy z pogardą na jeńca, który stoi przed nim, wśród strażników, z głową schyloną, ze spuszczonymi ramionami, bo je ciężar kajdan ciągnie ku ziemi.


