Agaj-Han : powieść historyczna - strona 48
Księżyc za wiosennym obłokiem, lecz gotuje się do wyjrzenia. Sosnowe krzaki tu i ówdzie, z tyłu podnosi się opuszczona wieża i długi mur, i rów głęboki, z przepaskami to grubszego, to cieńszego cienia. Dalej pali się Kaługa w nocy rzadkimi światłami; z przodu równina; a wszystko, co na równinie, to śpi w zmierzchu i tego rozeznać nie sposób; jużci tam drzewa podobno, jużci z boku to smugi, śniegiem jeszcze przyprószone, ówdzie zda się, że bór czernieje, ówdzie marzy się przed oczyma dzwonnica klasztoru. Za pierwszym spojrzeniem taka postać okolicy; wlep oczy, a nic nie rozeznasz, zwątpisz o każdym szczególe; to nie drzewa, to nie klasztor; nie — to nie bór tam się rozciąga. Takie same wrażenie sprawia na duszy sen, którego w połowie się zapomniało, a w drugiej połowie niejasno się pamięta.
Agaj-Han ręką zdrową dobył kindżału — i oddalił się w bok, gdzieś przypadł w rowie.
Z krzaków powstali męże, z najbliższego wyskoczył rycerz w zbroi i ledwo krok postąpił naprzód, już schylił głowę przed Maryną. Aliści nie takim przywitaniem tylko, znać, że pragnąłby ją pozdrowić; nie wiedzieć, co go wstrzymało — może towarzysze, którzy rzędem za nim stanęli.
Rozmawiał po cichu z nią; w poruszeniach jego przebija radość namiętna; ona — nie spuściła nic z głosu ni z obyczaju pani. Po chwili przywiedli mołodźcy dwa konie; poddał jej ramię mąż, ona strzemię chwyta.
W tej chwili krzyk przeraźliwy, nieludzki, podobny mieszaninie z wilczych skowyczeń i nocnego ptasiego pisku, przeleciał powietrze, wnet po nim zawarczył kindżał i utkwił w pancerz męża, pełnią księżyca oblany. Znać, iż długą drogą znużony, głęboko wwiercić się nie zdołał. Sahajdaczny go bowiem strącił na ziemię ze
Agaj-Han ręką zdrową dobył kindżału — i oddalił się w bok, gdzieś przypadł w rowie.
Z krzaków powstali męże, z najbliższego wyskoczył rycerz w zbroi i ledwo krok postąpił naprzód, już schylił głowę przed Maryną. Aliści nie takim przywitaniem tylko, znać, że pragnąłby ją pozdrowić; nie wiedzieć, co go wstrzymało — może towarzysze, którzy rzędem za nim stanęli.
Rozmawiał po cichu z nią; w poruszeniach jego przebija radość namiętna; ona — nie spuściła nic z głosu ni z obyczaju pani. Po chwili przywiedli mołodźcy dwa konie; poddał jej ramię mąż, ona strzemię chwyta.
W tej chwili krzyk przeraźliwy, nieludzki, podobny mieszaninie z wilczych skowyczeń i nocnego ptasiego pisku, przeleciał powietrze, wnet po nim zawarczył kindżał i utkwił w pancerz męża, pełnią księżyca oblany. Znać, iż długą drogą znużony, głęboko wwiercić się nie zdołał. Sahajdaczny go bowiem strącił na ziemię ze


