Agaj-Han : powieść historyczna - strona 13
obleje i pada pośród jej fal kipiących. Prorok sam go już nie ocali!
Noc ciemna, huryso moja! — patrz — noc ciemna — sto razy ciemniejsza od tego zmierzchu; ale nie mroźna, nie pochmurna, gwiazdy wokoło księżyca brzęczą jak pszczoły przy ulu. Zapach trupów miesza się z wonią kwiatów; bo kwiaty ma naszych polach, choć kopyta je stratują i posoka je obczerni, jeszcze nie skąpią kadzideł.
Wrzaski Dżarmidowych grzmią w pobliżu jak skowyczenia szakalów; we mnie i ojcu wre zemsta i chęć Ostatniej rozprawy; w żołnierzach, niewolnikach naszych, serce drży z bojaźni, bo już w słabej stoją liczbie nad zwłokami przyjaciół. Ojciec duma wśród trupów pomarłych sułtanek, bo matkę tylko moją uczczono pogrzebem; na insze — nie mieliśmy czasu.
Płomień i dym, huryso moja! płomień i dym, a płomień czerwony jak tysiące krwią zaszłych oczów, oderwanych od czaszek skupionych razem — a dym tak czarny jak Azraelowe skrzydło. Rzeź i jęki. — Śnieg namiotów topi się w ogniu, perzyna lata po niebie, sama nie wie gdzie, jak stado przelękłych wróbli.
Biłem się jeszcze dżyrydem i szablą tej nocy, dopóki na spisie, przy pożarze, nie ujrzałem świętej głowy ojca. Schyliłem czoło i trzy krople krwi z niej spadły na moje włosy — ostatnie jego błogosławieństwo; przeszli wrogi; nie postrzegli mnie; wszyscy moi zginęli i leżeli bez ducha. Zataczałem się po ich ciałach, może po ciele ojca, po ciele braci, ale nie wiem — szalał mózg pod turbanem w głowie, jakby po gęstych pucharach opium. Dwóch jeszcze zabiłem, uchodząc z pola, ćwiertowałem ich członki, wyrywałem brody, aż wsiadłem na koń i puściłem się w stepy.
Hordy nasze, rozbite przez Dżarmida, już nie znają mnie. Tron mój runął; ale Allach strzeże królewskiego syna.
Huryso moja, to szałbierz, Żyd, oszust — zawołał straszliwym głosem, wskazując w stronę, kędy leżało ciało
Noc ciemna, huryso moja! — patrz — noc ciemna — sto razy ciemniejsza od tego zmierzchu; ale nie mroźna, nie pochmurna, gwiazdy wokoło księżyca brzęczą jak pszczoły przy ulu. Zapach trupów miesza się z wonią kwiatów; bo kwiaty ma naszych polach, choć kopyta je stratują i posoka je obczerni, jeszcze nie skąpią kadzideł.
Wrzaski Dżarmidowych grzmią w pobliżu jak skowyczenia szakalów; we mnie i ojcu wre zemsta i chęć Ostatniej rozprawy; w żołnierzach, niewolnikach naszych, serce drży z bojaźni, bo już w słabej stoją liczbie nad zwłokami przyjaciół. Ojciec duma wśród trupów pomarłych sułtanek, bo matkę tylko moją uczczono pogrzebem; na insze — nie mieliśmy czasu.
Płomień i dym, huryso moja! płomień i dym, a płomień czerwony jak tysiące krwią zaszłych oczów, oderwanych od czaszek skupionych razem — a dym tak czarny jak Azraelowe skrzydło. Rzeź i jęki. — Śnieg namiotów topi się w ogniu, perzyna lata po niebie, sama nie wie gdzie, jak stado przelękłych wróbli.
Biłem się jeszcze dżyrydem i szablą tej nocy, dopóki na spisie, przy pożarze, nie ujrzałem świętej głowy ojca. Schyliłem czoło i trzy krople krwi z niej spadły na moje włosy — ostatnie jego błogosławieństwo; przeszli wrogi; nie postrzegli mnie; wszyscy moi zginęli i leżeli bez ducha. Zataczałem się po ich ciałach, może po ciele ojca, po ciele braci, ale nie wiem — szalał mózg pod turbanem w głowie, jakby po gęstych pucharach opium. Dwóch jeszcze zabiłem, uchodząc z pola, ćwiertowałem ich członki, wyrywałem brody, aż wsiadłem na koń i puściłem się w stepy.
Hordy nasze, rozbite przez Dżarmida, już nie znają mnie. Tron mój runął; ale Allach strzeże królewskiego syna.
Huryso moja, to szałbierz, Żyd, oszust — zawołał straszliwym głosem, wskazując w stronę, kędy leżało ciało


