Adjutant następcy tronu : powieść z czasów wojny franc[usko]-pruskiej - strona 38
Oficer przeprowadził go życzliwym wzrokiem, nie wiedząc jednocześnie, czy i do niego rozkaz ten się nie stosuje.
Zatrzymało go pytanie najjaśniejszej:
— Jak dawno jesteś we Francyi? — spytała.
— Miałem lat sześć, gdym przybył tutaj z rodzicami.
— Co robi ojciec? — spytał cesarz łaskawie.
— Nie żyje...
— Matka? — spytała Eugenia.
— Nie żyje... — odrzekł oficer i głos dziwnie mu się załamał.
— Gdzieś się kształcił? — pytał dalej Napoleon.
— W College de France, potem w politechnice, skąd, trzy miesiące temu, wezwano mnie do pułku najjaśniejszego następcy tronu.
— Dawno straciłeś rodziców? — spytała z kolei Eugenia.
— Lat dziesięć temu.
— Kto się tobą opiekował? — pytała dalej.
— Jakaś niewidzialna ręka, o której istnieniu dotąd nie mogłem się dowiedzieć.
Twarz Eugenii rozjaśniła się uśmiechem. I znów pilnie spojrzała na mówiącego i znów szepnęła:
— Tak, tak, nie mylę się.
Napoleon patrzył przed siebie. Był zamyślony. Nie wiedzieć, czy myśl jego odbiegła do
Zatrzymało go pytanie najjaśniejszej:
— Jak dawno jesteś we Francyi? — spytała.
— Miałem lat sześć, gdym przybył tutaj z rodzicami.
— Co robi ojciec? — spytał cesarz łaskawie.
— Nie żyje...
— Matka? — spytała Eugenia.
— Nie żyje... — odrzekł oficer i głos dziwnie mu się załamał.
— Gdzieś się kształcił? — pytał dalej Napoleon.
— W College de France, potem w politechnice, skąd, trzy miesiące temu, wezwano mnie do pułku najjaśniejszego następcy tronu.
— Dawno straciłeś rodziców? — spytała z kolei Eugenia.
— Lat dziesięć temu.
— Kto się tobą opiekował? — pytała dalej.
— Jakaś niewidzialna ręka, o której istnieniu dotąd nie mogłem się dowiedzieć.
Twarz Eugenii rozjaśniła się uśmiechem. I znów pilnie spojrzała na mówiącego i znów szepnęła:
— Tak, tak, nie mylę się.
Napoleon patrzył przed siebie. Był zamyślony. Nie wiedzieć, czy myśl jego odbiegła do


