www.netmag.com.pl

Adjutant następcy tronu : powieść z czasów wojny franc[usko]-pruskiej - strona 159
To już był nie pierścień, lecz wielka, ciężka obręcz żelazna, którą zaciskano coraz więcej.
Zdawało się, że wojskom tym nigdy nie będzie końca, że wychodzą z pod ziemi wraz z armatami, wozami, amunicyą, żywnością z jakąś niespożytą siłą.
W Paryżu młode, nie wyćwiczone pułki gotowały się do obrony.
-- Gdy ocalimy Paryż, serce Francyi, odbierzemy całą ojczyznę! — pocieszano się.
I ta pociecha, ta nadzieja krzepiła ich. Dodawała sił nawet przy codziennie zmniejszanych porcyach pożywienia.
Aż 6 stycznia 1871 r. pruskie armaty poczęły bombardować Paryż.
Wśród huku pierwszych dział, wśród jęku rannych, przynoszonych do szpitali, gmachów publicznych, zamienionych na lazarety. Teraz już nikt nie potrzebował prosić, żeby w jego domu umieszczono rannych, teraz wnoszono ich setkami.
Zima, zazwyczaj lekka, teraz srożyła się z całą wściekłością. Mrozy niebywale dochodziły do 9° Réaumura, śnieg grubemi warstwami leżał na ulicach.
Zwiększało to jeszcze rozpacz oblężonych.
Wśród tego działy się rzeczy nadzwyczajne.
Zaraz w pierwszych dniach, gdy zahuczały